Nati1_10.jpg

Rozmowa z piosenkarką i aktorką Natalią Lesz, którą obecnie możemy oglądać w serialu “Tancerze” w TVP 2


W ósmej edycji „Tańca z gwiazdami” pokazała, że potrafi ponętnie kręcić biodrami. Teraz sprawdza się jako aktorka. Mowa o piosenkarce Natalii Lesz, którą możemy oglądać w nowym serialu „Tancerze” w TVP 2.

- W serialu „Tancerze” pojawiasz się jako…

- Wcielam się w postać studentki Ingi. Jej największą pasją w życiu jest śpiew – co mnie osobiście wyjątkowo cieszy, bo odpowiada moim upodobaniom (śmiech).

- Czy to znaczy, że grasz siebie samą?

- W pewnym sensie na pewno. Odnoszę jednak wrażenie, że – poza fascynacją śpiewaniem – więcej nas różni niż łączy. Moja postać to na przykład osoba otwarta na ludzi, ekstrawertyczna, której buzia się nie zamyka. Ja natomiast jestem znacznie ostrożniejsza w kontaktach z nieznajomymi. Potrzebuję sporo czasu, aby się do kogoś przekonać. Poza tym – wbrew pozorom – nie mówię za wiele.

- Aktorstwo nie napawa cię lękiem? W końcu to chyba twój debiut aktorski?

- Podchodzę do tego jak do ciekawej przygody. Nie ma we mnie strachu. W razie konieczności zawsze mogę zasięgnąć rady u znakomitych aktorów, których mijam na planie serialu, czyli u Magdy Walach, Marcina Dorocińskiego czy Wojtka Mecwaldowskiego.

Poza tym skończyłam przecież szkołę aktorską, o czym mało kto wie. Moje życie jednak tak się potoczyło, że poszłam w zupełnie innym kierunku. Cóż, mam nadzieję, że nie zawiodę ludzi, którzy obsadzili mnie w „Tancerzach”

- W jaki sposób dostałaś rolę Ingi?

- Poprzez casting – i to nie jeden! W moim przypadku trwały one około czterech miesięcy i cieszę się, że mam je już za sobą. Wiązało to się z dużym stresem, ponieważ żyłam w ciągłej niepewności i nie mogłam snuć żadnych planów dotyczących przyszłości.

- Przypuszczam, że twoim atutem był udział w „Tańcu z gwiazdami”, w którym zajęłaś drugie miejsce…

- Też tak myślę. Show przygotowało mnie do pracy na parkiecie. Sądzę, że w głównej mierze właśnie dzięki temu obecnie świetnie współpracuje mi się z Krzysztofem Adamskim, głównym choreografem „Tancerzy”. Jego układy taneczne są ciekawe i niebanalne. Jestem przekonana, że widzom się spodobają.

- Czy rola w „Tancerzach” to początek świetlanej kariery aktorskiej Natalii Lesz?

- Na pewno nie. Przeczuwam, że na roli Ingi się skończy.

- Zmieniając nieco temat – powiedziałaś, że jesteś ostrożna w kontaktach z obcymi. Czy to dlatego, że ktoś kiedyś zawiódł twoje zaufanie?

- Nie, to raczej cecha mojego charakteru. Po prostu potrzebuję czasu, aby poczuć się komfortowo w czyimś towarzystwie. Ale gdy już raz obdarzę daną osobę zaufaniem, to trudno je u mnie stracić. Wyznaję przyjaźń na śmierć i życie.

- Skoro rozsądnie wybierasz sobie znajomych, ich krąg musi być wąski…

- Tak właśnie jest. Do szczęścia wystarczą mi jedna przyjaciółka i jeden przyjaciel.

- Wróćmy jeszcze do spraw zawodowych. Czy na czas występu w „Tancerzach” odstawiłaś koncertowanie na bok?

- Ależ skąd! Z tego nigdy nie mogłabym zrezygnować. Na szczęście produkcja serialu jest na tyle wyrozumiała, że nie sprawiają im problemu moje inne zobowiązania zawodowe.

- Czy towarzyszy ci jeszcze trema na koncertach?

- To zależy od tego, jak się danego dnia czuję, czy jestem wyspana i jaki mam nastrój. Jednak stale stresuję się na przykład na festiwalach oraz gdy supportuję. Źle wspominam swój występ przed Celine Dion. Wyraźnie czułam, że ludzie zniecierpliwieni czekali na występ gwiazdy. Natomiast najmniejsza trema towarzyszy mi na kameralnych koncertach biletowanych. Mam wtedy świadomość, że słuchacze przyszli specjalnie po to, by mnie posłuchać.

- Tak na zakończenie – mimo ukończonych 28 lat – wyglądasz jak dziewczynka. Jak ty to robisz?

- Bardzo dziękuję za tak miły komplement! A co robię? Otóż nic właśnie. Taka jestem.

- Mała i filigranowa…

- Ja mała? Mierzę przecież 165 cm wzrostu i nie uważam, żeby to było tak niewiele! Co prawda – jako nastolatka ubolewałam nad tym, że nie jestem wyższa o 20 centymetrów. Bo wtedy mogłabym spokojnie chodzić w butach na płaskim obcasie i nie wyglądałabym jak karzełek (śmiech). Na szczęście szybko wyleczyłam się z mojego kompleksu.
Natomiast filigranowa byłam, odkąd tylko sięgam pamięcią. W dzieciństwie musiałam jeść garściami rodzynki i orzechy (śmiech), bo – jak wiadomo – bakalie mają mnóstwo wartości odżywczych. Miałam niedowagę, więc rodzina chciała mnie w ten sposób podtuczyć. Ale chyba im się to nie udało (śmiech).

Rozmawiała: RA